Cześć.
Mam taki problem mam wrażenie, że jak wchodze w jakieś dyskusje, to jakby...no się zastanawiam czy mózg nie włacza mi pewnej blokady, że "nie, za żadne skarby nie możesz przyznać mu racji". Staram się pomyśleć, że czekaj, może on ma rację i od razu czuje jakbym musiał się siłować z tą myślą, albo jakby coś próbowało mi zepchnąć te myśli. Aż mnie czasem w głowie ściska gdy mimo wszystko próbuje przyjąc ten przedstawiony punkt widzenia. Jakby, nie, nie może być, muszę mieć racje.
A czasami to nawet jestem tego nieświadomy, wydaje się. Patrzę na jakieś dyskusje (pisane) sprzed pół roku i mam takie, żę "kurcze, przecież to nie ma żadnego sensu. On miał ewidentnie racje. Czemu ja tego nie widziałem". I pewnie przy tutejszych dyskusjach będe miał to samo za pół roku. Masakra z tym. Co ja mogę z tym zrobić. Przecież to nie jest ani trochę produktywne
Macie może czasem podobne problermy i jakieś porady jak przeprogramować umysł by był otwarty na wszystko?


